Są takie momenty w życiu, kiedy wydaje ci się, że masz „świat u stóp”. I są takie, kiedy ten świat nagle się wali. Ja doświadczyłem jednego i drugiego. I dziś wiem, że jedno bez drugiego nie uczy tak skutecznie.
Od lat wraca do mnie jedno pytanie: jak być szczęśliwym? Każdy chce. Tylko kiedy nas tego uczono? Nie przypominam sobie przedmiotu „szczęście” w podstawówce, w liceum ani na studiach. Zostajemy z tym sami, a potem wchodzimy w dorosłość z oprogramowaniem, które ktoś nam wgrał: dom, środowisko, przekonania, lęki, nawyki. I często nawet nie wiemy, że śpimy.
To, co opowiem poniżej, jest moją drogą: od emigracji, przez pieniądze, przez upadek, aż po świadome decyzje, które czasem kosztują. I o tym, dlaczego dla mnie szczęście nie jest synonimem łatwej przyjemności.
Praca: kiedy misja zaczyna mieć znaczenie
Od emigracji do momentu „byle do emerytury”
Wyjechałem na Zachód w 1988 roku i zostałem tam na 10 lat. Wtedy nie dało się po prostu wsiąść w samochód i pojechać zobaczyć, jak wygląda Zachód. To były inne czasy: zaproszenia, promesy, wizy, udowadnianie, że masz pieniądze. Kiedy już tam byłem, próbowałem różnych rzeczy. Kopałem rowy. Pracowałem fizycznie. To mi się nie podobało. Szukałem sposobu, żeby się z tego wyrwać.
Były też epizody, które dziś brzmią jak anegdota, ale wtedy były moją rzeczywistością. Trafiłem na „szkolenie” z ekologicznego jedzenia dla psów, gdzie prowadzący w pewnym momencie zjadł łyżkę tej karmy, żeby udowodnić, że jest smaczna. To była jedna z tych chwil, które zostają w głowie, bo pokazują, ile rzeczy człowiek potrafi przeżyć, zanim znajdzie swoje miejsce.
„Więcej pracować = więcej zarabiać” i zderzenie z rzeczywistością
Na pewnym etapie myślałem bardzo prosto: żeby więcej zarabiać, muszę więcej pracować. Wpadłem na pomysł, że oddam weekendy na roznoszenie gazet. Efekt? Jeszcze mniej szczęścia. Byłem zmęczony, bez wolnego czasu, a w niedzielę wieczorem i tak czułem ciężar poniedziałku i pracy, której nie lubiłem. Do tego część zarobionych pieniędzy szła na buty, bo w tamtym czasie kupowałem, na co było mnie stać.
Dopiero później zrozumiałem, że praca i pieniądze nie zawsze są powiązane jeden do jednego. A jeszcze później – że to, czy praca daje mi szczęście, zależy od sensu, jaki jej nadaję.
Moment przełomowy: sprzedaż finansowa jako misja
W końcu zacząłem sprzedawać produkty finansowe i tu się odnalazłem. Dlaczego? Bo dorobiłem do tego misję. Widziałem, że jeśli zrobię to dobrze, ludzie będą bezpieczniejsi: będą odkładać pieniądze, myśleć o przyszłości, budować stabilność. To dawało mi satysfakcję, a jednocześnie zarabiałem radykalnie więcej niż wcześniej.
Wtedy też zacząłem myśleć szerzej o tym, co w życiu daje szczęście. I właśnie wtedy, pod koniec mojego pobytu na emigracji, zaczął się we mnie układać Heksagon Szczęścia.
Upadek, który zabolał, ale zmienił bieg mojego życia
Był czas, kiedy prowadziłem ogromny zespół – ponad 100 osób – miałem biuro, największy samochód w okolicy, a ludzie mówili na niego „okręt”. Byłem na etapie, na którym nawet nie dopuszczałem, że coś może pójść nie tak.
Chciałem zrobić więcej. Skupiłem się na Polakach na emigracji. Założyłem stowarzyszenie i wydałem gazetę po polsku w Niemczech – „Samo życie”. To miało pomagać ludziom, którzy często nie znali języka, byli łatwym celem dla różnych „spryciarzy” i po prostu potrzebowali informacji: co dzieje się w kraju i jak się urządzić w Niemczech. Oczywiście była w tym też dźwignia marketingowa – liczyłem, że dotrę do większej liczby osób.
I wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidziałem. Do mojej firmy przyszła grupa sprzedawców z innej organizacji i postawili warunek: mam mieć w ofercie produkt, którego ja wcześniej nie chciałem, bo miałem poważne wątpliwości. Przeliczyłem to, „dolarki pojawiły mi się w oczach” i… pokazałem intuicji środkowy palec. Pojechałem do Hanoweru i wziąłem ten produkt.
W połowie lipca ten produkt upadł. Dowiedziałem się o tym w drodze, pod Berlinem. Zatrzymałem się, zasnąłem na chwilę, obudziłem się, włączyłem radio i usłyszałem, że firma upadła. Telefony zaczęły się urywać. Byłem pierwszy w biurze. Ludzie grozili mi, bo powierzyli mi majątek życia. To jest doświadczenie, które nie zostawia człowieka obojętnym.
Pamiętam spotkanie z moimi współpracownikami, kiedy musiałem powiedzieć im, że to koniec. I pamiętam, że wtedy w głowie miałem fragment z książki Tony’ego Robbinsa „Obudź w sobie olbrzyma”: jeśli dzieje się coś złego, zapytaj „co w tym jest dobrego?”. Zadałem to pytanie i zostałem wyśmiany. W tamtym momencie trudno to było przyjąć.
Dzisiaj wiem, że to doświadczenie dało mi gigantyczną lekcję, pokorę i zwrot, bez którego prawdopodobnie nie siedziałbym tu, gdzie siedzę. Miałem do spłacenia 2 miliony złotych. Mogłem się poddać. Mogłem żyć na socjalu. Mogłem przyjąć, że „nie da się”. Byłem blisko czegoś, co nazwałbym weekendowym alkoholizmem. Ale w pewnym momencie powiedziałem sobie: nie poddam się. Odbijałem się prawie dwa lata.
Potem wróciłem do biznesu finansowego w Polsce, założyłem firmy, spłaciłem zobowiązania. A w 2011 roku przyszło przeczucie, że ta branża nie pójdzie w dobrym kierunku. Po rozmowach z prezesami firm ubezpieczeniowych i szefami banków wiedziałem, że coś się zmienia. Pojawiło się zbyt dużo brudu, a ja nie miałem ochoty w tym siedzieć. Dzisiaj wiem, że wiele z tych firm zniknęło z rynku.
Najważniejsze wnioski
- Praca zaczyna dawać satysfakcję, kiedy widzę w niej sens i misję, a nie tylko „liczbę godzin”.
- Nawet największy „szczyt” może się rozsypać, jeśli zlekceważę intuicję i wezmę na siebie ryzyko wbrew sobie.
- Upadek może być punktem zwrotnym, jeśli potraktuję go jak lekcję, a nie wyrok.
Finanse: pieniądze jako temat tabu i jako narzędzie
Skąd się wzięło „pieniądze są sexy”
Idea napisania książki „Pieniądze są sexy” zrodziła się po moim powrocie z emigracji, w latach 1998–1999. Chciałem napisać ją 10 lat później. W 2009 roku, na Zanzibarze, w waniliowym domu u Doroty Katedde, zrobiłem bardzo obszerne notatki. A potem – dopiero w 2014 roku – naprawdę usiadłem i pisałem przez cały rok. Książka została wydana 8 marca 2015 roku.
Na początku fascynowała mnie Polska lat 90. To był taki „dziki wschód”. Jednocześnie widziałem, jak bardzo temat pieniędzy był obciążony: mówiło się o nich jak o czymś wstydliwym albo złym. Bogaty? To pewnie ukradł. Dorobił się? Na pewno nieuczciwie. W tamtym czasie to mocno królowało w świadomości.
Ja wtedy na szkoleniach głośno mówiłem: bogaćmy się. Wykorzystajmy to, że wchodzimy do większego świata. I zależało mi, żeby zmienić podejście: żeby pieniądze przestały być tabu.
Dlaczego nie chciałem mówić tylko o „tabelkach”
Z czasem dotarło do mnie, że mówienie o pieniądzach wyłącznie w perspektywie tabelek i zarabiania to za mało. Pieniądze są jednym z elementów szczęścia, ale nie całym szczęściem. Potrzebują systemu wartości, nawyków, wiedzy i odpowiedniego podejścia.
Dlatego nie chciałem uczyć ludzi finansów w oderwaniu od reszty życia. Wtedy finansowy temat naturalnie prowadził mnie do Heksagonu Szczęścia.
Najważniejsze wnioski
- W Polsce przez lata pieniądze były tematem tabu, obciążonym negatywnymi stereotypami.
- Pieniądze są ważne, ale same w sobie nie wystarczą – liczy się też to, jaką rolę mają w całym życiu.
- Nie da się odpowiedzialnie mówić o finansach bez rozmowy o wartościach i nawykach.
PRO: permanentny rozwój osobisty jako oś „przebudzenia”
Klub 555 jako filozofia, a nie godzina wstawania
Jest coś, co chcę doprecyzować, bo to bywa źle rozumiane: bycie w Klubie 555 nie jest tożsame z tym, że muszę codziennie wstawać o 5:55. Dla mnie to jest filozofia: realizowanie wartości, określone podejście do życia, pewne zachowania. Oczywiście, ja często wstaję wcześnie, ale nie sprowadzam tego do zegarka.
Nie mam też złudzeń: nie jestem ideałem. Zdarza mi się odpuścić, zdarza mi się, że ktoś robi klub za mnie, a ja wtedy też budzę się rano, ale potem jeszcze się zdrzemnę. Nie chodzi o perfekcję. Chodzi o kierunek.
Dlaczego ludzie się nie budzą
Widzę kilka powodów, które wracają jak bumerang.
Po pierwsze: brak świadomości. Trudno się obudzić, jeśli nie wiesz, że śpisz.
Po drugie: wygoda i „pójście na łatwiznę”. Ludzie lubią, kiedy ktoś daje im receptę i zabiera myślenie. A przebudzenie to trochę jak Matrix – bierzesz „czerwoną tabletkę” i zaczynasz widzieć prawdę. A prawda bywa niewygodna, bo oznacza odpowiedzialność, wysiłek, decyzje i konsekwencje.
Po trzecie: utożsamianie szczęścia z przyjemnością. Dopamina staje się priorytetem. Jeśli dziś dostaję jej trochę, jutro chcę więcej. I tak łatwo wpaść w tryb: serial, platformy, scroll, cokolwiek, co daje szybkie „miło”. Tyle że to nie jest szczęście – to jest bodźcowanie się.
Jest jeszcze jedna pułapka: mogę oglądać treści rozwojowe i usprawiedliwiać się, że „jestem w rozwoju”. Tylko dopóki nie robię tego, o czym słucham, to nie jest rozwój osobisty – to jest teoria. A teoria też potrafi dać dopaminę. I to jest zdradliwe.
Moja definicja przebudzenia
Dla mnie przebudzenie zaczyna się w momencie, kiedy przejmuję całkowitą odpowiedzialność za siebie. Przestaję narzekać, przestaję krytykować i osądzać. Zaczynam patrzeć na świat jako na przestrzeń możliwości. Przeciwności traktuję jak schody. Wybieram swój stosunek do rzeczy, na które nie mam wpływu. Staję się kreatorem, a nie komentatorem.
Najważniejsze wnioski
- Przebudzenie to odpowiedzialność i decyzja, że przestaję żyć na autopilocie.
- Łatwa przyjemność potrafi udawać szczęście, ale nie buduje spełnienia.
- Teoria bez działania daje tylko iluzję rozwoju.
Czas dla siebie: samotna droga, która porządkuje głowę
Wędrówka, która mnie zmieniła
Jestem zwolennikiem tego, żeby od czasu do czasu pobyć samemu. Bez bodźców. Bez ciągłego „coś mi gra w tle”. Pamiętam trzy miesiące, kiedy wędrowałem sam przez Europę. Wróciłem całkowicie odmieniony. Zmierzyłem się ze swoimi demonami i najgorszymi myślami. To było trudne, ale warte.
Dlaczego tego nie robimy? Moim zdaniem często brakuje odwagi. Odwagi, żeby odłączyć bodźce. Odwagi, żeby powiedzieć: „nie będzie mnie”. Odwagi, żeby spotkać się ze sobą.
I tu dopowiem: ja nikogo nie namawiam do nieodpowiedzialnych ucieczek. Nie usłyszysz ode mnie: „rzuć wszystko i jedź w Bieszczady”. Jestem zwolennikiem mądrego, świadomego życia. Nie wolno krzywdzić innych, zostawiać kogoś bez środków do życia i nazywać tego „wolnością”. Jednocześnie nie wierzę też w życie kosztem siebie.
Nawyk, który trzyma mnie przy marzeniach
Ja lubię wracać do listy marzeń. Mam na to swój nawyk: pracuj codziennie w ogrodzie swoich marzeń. Patrzę, co dalej jest dla mnie ważne, co mnie ciągnie, gdzie jest energia. Czasem robię to w podróży, w pociągu. Czasem mimo przeszkód. Nawet jeśli dzień jest „nie po myśli”, staram się wrócić do tego, co nadaje kierunek.
Najważniejsze wnioski
- Samotny czas bez bodźców potrafi uporządkować głowę szybciej niż najlepsza teoria.
- Odwaga, żeby pobyć ze sobą, jest dziś rzadką kompetencją.
- Marzenia wymagają pielęgnacji – inaczej obumierają.
Relacje: decyzje, odpowiedzialność i „robienie miejsca”
Cena, której nie da się ominąć
Ktoś zapytał mnie kiedyś o cenę spełniania marzeń. Odpowiedziałem: cena za nierobienie tego jest dla mnie wyższa. Bo dla mnie to jest śmierć przedwczesna – w sensie wewnętrznym: zgnuśnienie, brak radości, brak życia w życiu. Za realizację marzeń jestem gotów płacić cenę w postaci zaangażowania, czasu, pieniędzy i energii.
Ale dopowiem od razu: nie zapłacę ceny łamania wartości. Nie pójdę w przestępstwo. Nie zrobię czegoś na ludzkiej krzywdzie.
„This is my way” i konsekwencje
Po mojej wędrówce rozstałem się z żoną. To była decyzja z etapu życia, na którym dzieci były już dorosłe. Ja wspominam mój związek jako cudowny, trzydziestoletni, który po prostu się wypalił. Wracając z tej drogi, dotarło do mnie, że nie jestem do końca szczęśliwy w tym, co jest.
Wędrówka zmieniła moje wartości. Przestało mieć dla mnie znaczenie wiele rzeczy materialnych. Trzy miesiące z plecakiem 7 kg potrafią przestawić priorytety. Do tego dochodzi odpowiedzialność: wcześniej nie zostawiłbym rodziny, gdybym wiedział, że sobie nie poradzą. Ale na tamtym etapie mogłem powiedzieć: to jest mój wybór, moja droga, moje życie. I wziąć konsekwencje na klatę.
„Kiedy półbogowie odchodzą, przychodzą bogowie”
Był też taki moment w moim życiu, kiedy odszedł ode mnie wspólnik i wydawało mi się, że świat się wali. A potem zobaczyłem, że to odejście zrobiło miejsce na coś nowego. Tak w moim życiu pojawili się ludzie, którzy dziś współtworzą ze mną rzeczy ważne. Czasami rozstanie nie jest krzywdą – jest zmianą, która pozwala obu stronom pójść dalej i rozwijać się inaczej.
Najważniejsze wnioski
- Spełnianie marzeń ma cenę, ale cena rezygnacji potrafi być większa.
- Odpowiedzialność w relacjach jest kluczowa: nie krzywdzę innych, ale też nie chcę żyć kosztem siebie.
- Rozstania czasem robią miejsce na nowe, dojrzalsze etapy i ludzi.
Zdrowie: radość życia jako element długowieczności
Dlaczego wracam do szczęścia także w kontekście zdrowia
Jednym z obszarów Heksagonu Szczęścia jest zdrowie. I ja coraz mocniej widzę, że jednym z decydujących elementów tego, czy żyjemy długo, dobrze wyglądamy i mamy energię, jest radość życia – poczucie szczęścia. To nie jest temat „na marginesie”. To jest fundament.
Ja sam interesowałem się długowiecznością i kiedy słucham o procesach zachodzących w naszym organizmie – wątrobie, mózgu, całym ciele – widzę, jak niesamowitym „dziełem” jest człowiek. I to prowadzi mnie do myśli o tym, że życie nie jest po to, żeby je przejechać w trybie autopilota.
Wysiłek, ból i szczęście, które zostaje
Dla mnie szczęściu często towarzyszy wysiłek, a czasem ból. Wędrówka do Santiago dała mi tego skrajny przykład. Po około 600 km miałem niewłaściwe buty, doszedłem do Monachium w stanie, w którym byłem bliski rezygnacji. Przeszedłem terapię: igły, masaże, ból tak duży, że trudno go opisać. Dzisiaj mam ograniczone czucie w udach i czasem, kiedy jadę długo samochodem, muszę się zatrzymać, żeby rozruszać nogi. To jest konsekwencja tamtej drogi.
Czy żałuję? Nie. Bo z perspektywy czasu ten ból jest mniej ważny niż to, co zostało we mnie na zawsze.
Najważniejsze wnioski
- Radość życia jest dla mnie jednym z filarów zdrowia i długiego, dobrego życia.
- Nie każde „wartościowe” doświadczenie jest przyjemne, ale może dać głębokie szczęście.
- Wysiłek i dyskomfort potrafią zbudować coś, czego nie daje łatwa dopamina.
Heksagon Szczęścia: sześć obszarów, które trzymają życie w całości
Heksagon Szczęścia powstał z obserwacji, że życie to nie jest tylko praca i pieniądze. To jest sześć obszarów, które muszą ze sobą współgrać. Jeśli skupiam się na jednym, a resztę zaniedbam, wcześniej czy później zapłacę cenę.
Dla mnie to jest też powód, dla którego nie chcę mówić o pieniądzach w oderwaniu od reszty, ani o rozwoju osobistym bez przełożenia na codzienność. Bo szczęście wymaga całościowego spojrzenia.
Najważniejsze wnioski
- Życie „w całości” wymaga dbania o więcej niż jeden obszar.
- Pieniądze są elementem szczęścia, ale nie zastąpią pozostałych obszarów.
- Rozwój osobisty ma sens dopiero wtedy, kiedy przerabiam go na działanie i decyzje.
Zabierz to ze sobą
Ja nie chcę mówić ci, jak masz żyć. Chcę pokazać, że można żyć inaczej: mieć swoje lata, swoje doświadczenia, swoje porażki i dalej się cieszyć życiem. Że przebudzenie to nie hasło, tylko decyzja: biorę odpowiedzialność i przestaję wybierać tanie bodźce zamiast prawdziwego życia.
I jeśli miałbym zostawić jedną myśl, to tę: nie bój się, że marzenie się nie spełni. Najgorsze, co może się stać, to że spróbujesz i nie wyjdzie. Ale jeśli nie spróbujesz, to na pewno nie wyjdzie. A ja wolę drogę, nawet z wysiłkiem, nawet z bólem, niż życie zamknięte w czterech ścianach i pilot w ręce.

