Zaprojektuj Swoje Życie – Nie chcę iść z życiem na kompromis – założyciel Klubu 555, Fryderyk Karzełek

Zawsze byłem trochę „nienormalny” – w tym najlepszym sensie. Od dawna wyznaję prostą zasadę: jeżeli będę robił tak samo jak wszyscy, to tak samo jak wszyscy będę miał. I właśnie dlatego nie chcę iść z życiem na kompromis. Nie chcę wykonywać pracy, której nie lubię, bo wiem, że to mnie spala, wypala i w końcu niszczy.

Jest taki obraz, do którego często wracam. Wyobraź sobie, że po twojej śmierci powstaje muzeum twojego imienia. A ty jesteś kustoszem i oprowadzasz ludzi po ekspozycji, która składa się z około trzydziestu tysięcy dni – bo mniej więcej tyle dostajemy na tym świecie. Każdy dzień jest jak eksponat. I teraz pytanie brzmi: czy w twoim muzeum będzie trzydzieści tysięcy niemal identycznych gablot, czy raczej kolekcja, która co chwilę wywołuje w człowieku „wow”?

Nie chodzi o ego. Ja sam bym się źle czuł w muzeum, w którym wszystko jest takie samo. Dlatego życzę każdemu, żeby prowadził życie tak, by każdy dzień był wart katalogowania. Carpe diem – i to w moim wydaniu.

Nie ma projektowania życia bez decyzji

Projektowanie życia to dla mnie nie hasło. To sposób myślenia, który ratował mnie w momentach, kiedy kompletnie traciłem nadzieję. Pamiętam rok 1988. Byłem wtedy w Katowicach, mieszkałem na czwartym piętrze kamienicy, miałem żonę i dziecko. I w pewnym momencie doszło do mnie, że w realiach, w których żyłem, trudno mówić o projektowaniu czegokolwiek.

Chciałem trzech rzeczy, które dziś brzmią banalnie:

  • telefonu,
  • ogrzewania w mieszkaniu,
  • samochodu.

Kiedy poszedłem złożyć wniosek o telefon, usłyszałem, że będę czekał szesnaście lat. Szesnaście lat. Wtedy zrozumiałem, że jeśli mam w ogóle myśleć o lepszym życiu, muszę znaleźć inną drogę. I podjąłem decyzję, która stała się jednym z moich największych kamieni milowych: 5 września 1988 roku wyjechałem za granicę.

Dziesięć lat w Niemczech: szybkie spełnienie marzeń i pierwszy zjazd

W Niemczech bardzo szybko okazało się, że to, o czym marzyłem, jest normą. Telefon założono mi po dwóch dniach. Mieszkanie z ogrzewaniem stało się oczywistością. Samochód kupiłem za 700 marek – pieniądze, które dało się odłożyć w relatywnie krótkim czasie.

Na początku pracowałem fizycznie. Kopałem rowy. Pamiętam nawet moment, kiedy padał deszcz i złapał mróz, a ja nie miałem czapki – na głowie zrobiła mi się lodowa „czapka”. Ale z tamtego czasu pamiętam też coś bardzo mocnego: życzliwość ludzi. Jeden z Niemców podszedł do mnie, widząc, że stoję zamyślony oparty o łopatę. Zapytał, czy tęsknię za domem. Potem spojrzał na moje buty i powiedział, że w takich butach nie pracuje się zimą. Poszedł do piwnicy i przyniósł mi swoje. Przez całe dziesięć lat nie spotkało mnie z ich strony ani jedno negatywne traktowanie.

Ale szybko zrozumiałem też inną rzecz: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy zarabiałem 2500 marek miesięcznie, wiedziałem, że pierwszego dnia miesiąca mam spokój, ale pod koniec i tak zostanie mi tyle, że właściwie nic z tego nie zostanie. Zaczęła się frustracja. Brakowało pieniędzy, brałem nadgodziny, miałem wrażenie, że z tygodnia na tydzień upraszczam myślenie i staję się kimś, kogo sam nie lubię.

Pewnego dnia wróciłem z pracy, a żona powiedziała mi: „to już nie jesteś ty, jesteś innym człowiekiem”. To był dla mnie liść na przebudzenie. Zamknąłem się w pokoju na kilka godzin i dotarło do mnie, że jeśli nic nie zmienię, to nic się nie zmieni.

Finanse: cyferka, która ustawia myślenie

Po raz pierwszy zrobiłem wtedy coś, co dziś uważam za fundamentalne: wyliczyłem, ile muszę zarabiać miesięcznie, żeby moje życie wyglądało inaczej. Wyszło mi 10 tysięcy marek.

Poszedłem do majstra i powiedziałem, że chciałbym więcej zarabiać. Usłyszałem, że jak będę tak dobrze pracował jak teraz, to za rok dostanę markę więcej na godzinę. Wiedziałem, że w ten sposób nie dojadę.

Zacząłem szukać innych ścieżek. Były epizody, które dziś wspominam z uśmiechem – na przykład miałem sprzedawać ekologiczne żarcie dla psów, chodzić po domach. Dało się na tym zarobić, ale w końcu zrezygnowałem.

Wtedy przyjechał znajomy ze studiów i zaproponował mi pracę jako doradca finansowy. Wyśmiałem go. Miałem fatalne skojarzenia z agentami, którzy siedzą człowiekowi w domu jakby chcieli się wprowadzić. Ale on powiedział mi jedną rzecz, która mnie przekonała: mogę tego nie podjąć – i wtedy nic się nie zmieni. A jeśli pojadę i posłucham, daję sobie szansę na zmianę.

Pojechałem na spotkanie do Essen. Słuchałem człowieka, który pokazał statystykę: jeśli zaczynasz karierę w wieku 25 lat i weźmiesz grupę 500 osób, to po 40 latach tylko 5% będzie bardzo bogatych lub zamożnych. Reszta albo nie będzie żyła, albo będzie skazana na pracę, pomoc innych albo socjal.

Miałem wtedy prawie 30 lat i pomyślałem: ja chcę żyć. Zostało mi jedno: znaleźć się w tych pięciu procentach.

Ta decyzja była brzemienna w skutki. Dokładnie 27 miesięcy później zarobiłem pierwszy raz 10 tysięcy marek miesięcznie.

Praca: nie chcę być „byle jakim” doradcą

W branży finansowej uczyłem się namiętnie. Czytałem prasę fachową, książki. Chciałem robić to dobrze. Byłem w firmie, która – jak to odbierałem – miała zbyt mocno „mlm-owy” klimat. Pamiętam rozmowę z dyrektorem oddziału. Powiedziałem mu, że czytałem artykuł i że pewien produkt mógłby być lepszy dla klienta. On odchylił marynarkę, pokazał zegarek i powiedział: „patrz, kosztował 25 tysięcy marek. Nie kombinuj, to też będziesz taki miał”. Wtedy zrozumiałem, że nie o to mi chodzi.

Idąc ulicą, zobaczyłem biuro maklerskie. Wszedłem. Trafiłem na ludzi, którzy zauważyli, że ogarniam, rekrutuję, rosnę. Dopuszczali mnie coraz bardziej do tajników działania biura. Dzięki temu zacząłem rozumieć nie tylko sprzedaż, ale i firmę: współpracę z towarzystwami, prowizje, mechanikę biznesu.

Aż w końcu przyszła chwila, kiedy przeliczyłem wszystko długopisem na kartce i wyszło mi, że jestem idiotą, robiąc ogrom pracy za część pieniędzy. W czerwcu 1992 roku podziękowałem i poszedłem na swoje. I co było ciekawe: przedstawiciele firm, z którymi współpracowaliśmy, przyszli do mnie sami. Znali mnie i chcieli, żebym dalej robił produkcję już na własnych zasadach.

Problemy są dobre: intuicja, której nie posłuchałem

Rozbudowałem firmę bardzo mocno. W pewnym momencie pracowało u mnie ponad sto pośredników. Były obroty, był świat, były zaproszenia. I wtedy popełniłem dwa grube błędy. Najbardziej pamiętam ten kluczowy.

Przyszła grupa rodaków z innej firmy. Chcieli przejść do mnie – kilkudziesięciu ludzi – ale pod warunkiem, że wezmę produkt, wobec którego miałem poważne wątpliwości. Intuicja mówiła mi: nie rób tego. Ale znowu zrobiłem kartkę i długopis. Policzyłem, ile zarobię, jeśli ta grupa przejdzie. Pojechałem do Hanoweru, dałem się przekonać. To był 1994 rok.

Rok później wydałem pierwszy numer polskiej gazety w Niemczech – „Samo Życie”. Chciałem zwiększyć zasięgi i miałem misję pomagania ludziom. Koszty poszły w górę: ludzie, organizacja, cała machina.

W 1995 roku wracałem z Polski. Zasnąłem zmęczony na Berliner Ring. Obudziłem się rano, włączyłem radio i dowiedziałem się, że firma, z którą podpisałem umowę, jest piramidą finansową.

Następnego dnia w biurze odbierałem telefony wściekłych klientów, którzy stracili dorobek życia. Były groźby, było piekło. Odpadło mi 70% ludzi, obroty spadły, a ja dopiero co ruszyłem z gazetą. Próbowałem „jechać na zdechłym koniu” jeszcze przez rok. Przesuwałem prowizje, kombinowałem, żeby utrzymać wszystko przy życiu. I skończyło się milionem marek długu w 1996 roku oraz upadłością.

Straciłem wszystko: dom, samochody, pieniądze, firmę, w dużej mierze przyjaciół. Wtedy zobaczyłem, jak wiele osób odwraca się od bankruta.

PRO: pierwszy krok przez rozżarzone węgle

To był czas, w którym naprawdę byłem na dnie. Dwa lata walczyłem, zamykałem sprawy, coś sprzedawałem, dołączyłem do firmy jako handlowiec, ale straciłem serce. W 1997 roku siedziałem samotnie w sypialni w domu w Niemczech – deszczowy, chłodny dzień – i zalewałem się łzami. Miałem bardzo różne myśli. Zaczynałem stawać się weekendowym alkoholikiem, bo w tygodniu przychodził komornik, a w weekend nie – można było „odetchnąć”.

Wtedy trafiłem na ogłoszenie o wykładzie Emila Ratelbanda. Wyłożyłem prawie ostatnie pieniądze, żeby tam pojechać. Na tym szkoleniu chodziłem na bosaka po rozżarzonych węglach. Można mieć do tego różny stosunek, ale dla mnie stało się to metaforą: jak idziesz przez piekło, nie wolno się zatrzymywać.

W mojej głowie ułożyło się wtedy jedno zdanie: najtrudniej jest zrobić pierwszy krok. Nie znam nikogo, kto by się potem zatrzymał. Ludzie mogą nie wejść. Ale jeśli już wejdą, idą.

Zobaczyłem też, jak Emil potrafi prowadzić ludzi, jak „czaruje” słowem i formą. Podszedłem do niego i powiedziałem, że chcę robić to samo w Polsce. Poprosiłem, żeby pozwolił mi być jego asystentem, nosić walizki za darmo. Odmówił. Powiedział mi: jeśli to jest w tobie, zrobisz to sam. Zadzwoń, gdy osiągniesz sukces. Jeśli tego nie ma, nie pomogę ci, bo potem zwalisz na mnie odpowiedzialność.

To było najlepsze, co mógł dla mnie zrobić. Bo ja sobie wtedy powiedziałem: pokażę ci.

Powrót do Polski: decyzja, która złożyła puzzle w całość

Wróciłem do Polski i ta decyzja okazała się jedną z najlepszych w moim życiu. W Polsce wtedy tego rodzaju wystąpień było niewiele, wszystko było „w powijakach”. W Niemczech, nawet gdybym był dobry, takich ludzi było już mnóstwo, a ja po upadłości nie miałbym szans rozwinąć skrzydeł także finansowo.

Po powrocie zacząłem budować markę szkoleniowca w branży finansowej. Szkoliłem banki, towarzystwa ubezpieczeniowe. Byłem „świeżym powiewem”, bo ludzie widzieli we mnie praktyka – człowieka, który naprawdę sprzedawał, robił to w realnym biznesie, nie tylko opowiadał.

Po trzech latach intensywnego jeżdżenia po Polsce poczułem wypalenie. Wróciłem do biznesu i w 2002 roku stworzyłem własną firmę doradztwa finansowego, która mocno rozwinęła skrzydła i stała się jedną z większych w Polsce. Później ustawodawca zaczął zmieniać prawo dotyczące pośrednictwa finansowego i doszedłem do wniosku, że to za duże ryzyko, za mało pieniędzy i za dużo pracy. Już w 2011 roku poczułem, że „ser się psuje” – że jeśli nie zacznę myśleć o zmianie, za chwilę może nie być po co biec.

Dlatego w 2011 roku zacząłem pierwsze kroki w social mediach, żeby budować markę jako ja – Fryderyk Karzełek, nie jako firma. Przez siedem lat były głównie niepowodzenia. Ale w 2018 roku wydarzyło się coś, co ustawiło moje życie w nowy sposób.

Czas dla siebie: Klub 5:55 i „nienormalność”, która ma sens

Klub 5:55 nie wziął się z przypadku. Ja po prostu znów zrobiłem coś inaczej niż wszyscy. Skoro wszyscy robili webinary wieczorem, ja postanowiłem zrobić je rano.

20 lipca 2018 roku planowałem z Marcinem Osmanem webinar o wychodzeniu z długów. Tego dnia wydarzyła się rzecz, której nie zapomnę: usiadł mi na ramieniu motyl. Raz w życiu. Odsunąłem go, wrócił i znów usiadł. Córka zrobiła mu zdjęcie. Wtedy nie przywiązywałem do tego wagi. Dopiero później przeczytałem, że motyl jest symbolem zmiany – często radykalnej.

Wieczorem, przygotowując się do webinaru, powiedziałem Marcinowi, że chodzi za mną pomysł: rzucić hasło, żeby przez 30 dni wstawać o 6 rano, a ja będę inspirował, dzielił się wiedzą i doświadczeniem. Marcin stwierdził: powiedz o tym, może ktoś przyjdzie.

Następnego dnia rano przyszło 78 osób. Byłem w szoku – nigdy wcześniej nie miałem tylu ludzi na żywo. Kolejnego dnia było 99. Trzeciego 138. Po dwóch–trzech tygodniach urosło to do 500. Wszystko organicznie: ludzie udostępniali, polecali, wracali.

Początkowo był to „klub godziny szóstej”, ale znajomy z Bielska-Białej powiedział mi: zacznij pięć minut wcześniej, żeby ludzie zdążyli wejść, a o szóstej dawaj „mięso”. I tak powstało 5:55 – liczba, która pięknie brzmi i pięknie się niesie.

Wyzwanie miało trwać 30 dni. Skończyło się tym, że zrobiłem wyzwanie 555 dni. Dopiero później dotarło do mnie, że to półtora roku. W ostatnim dniu wyzwania powiedziałem: o tyle dni przedłużę klub, ile osób przyjdzie na żywo. Przyszło 6600.

Nie projektowałem tego. Ale stało się częścią mojego sensu.

PRO: 13 nawyków i rytm poranka

W Klubie wprowadziłem 13 nawyków, które – moim zdaniem – warto wdrożyć, żeby żyć długo, zdrowo, mądrze, bogato i spełnionym sposobem. Przez 13 tygodni każdy tydzień ma swój nawyk jako motyw przewodni. Nie zawsze mówię tylko o nim, ale cały tydzień się o niego „ocieram”, żeby go utrwalać.

Struktura poranka jest stała:

  • pierwsze 5 minut: luźno, towarzysko, trochę żartu, informacje o dniu, nietypowe święta,
  • drugie 5 minut: jeszcze bardziej wspólnotowo – urodziny, komentarze, bycie razem,
  • kolejne 5 minut: wejście w temat nawyku,
  • około 6:10: historia (moja albo podsyłana przez ludzi),
  • ostatnie 5–10 minut: wnioski z historii, czasem ćwiczenie (np. z uważności).

Na Klub przeznaczam średnio około 2,5 godziny dziennie – razem z transmisją i przygotowaniem. Najczęściej jestem na żywo. Zdarza się, że zastępuje mnie ktoś z moich „trzech dziewczyn” albo ktoś prowadzi, gdy ja jestem gdzieś indziej. Z tego też robi się społeczność – ze śmiesznymi elementami, które powstają naturalnie.

Dlaczego to kontynuuję? Bo głęboko wierzę, że pomagam ludziom. Dostaję ogrom dobrego feedbacku, słyszę historie o wychodzeniu z trudnych momentów. Gdybym to przerwał, czułbym, że to nieuczciwe wobec tej społeczności, wobec siebie i wobec obietnicy, którą złożyłem.

Jest też drugi powód: mam 63 lata i wiem, że nie jestem już „pod blokiem”. W Klubie odnalazłem mój sens istnienia. Czuję, że całe moje życie mnie do tego przygotowywało – świadomie i nieświadomie. Nawet to, że w 2016 roku usłyszałem od Łukasza Milewskiego, że mam radiowy głos, było dla mnie puzzlem, który nagle wskoczył na miejsce.

Uważam, że dobrze rozpoczęty dzień to dobrze spędzony dzień. A dobrze spędzony dzień przekłada się na dobry tydzień, miesiąc, rok i w końcu życie.

Relacje: dbam o prywatność, ale buduję bliskość z ludźmi

Rozpoznawalność jest fajna, ale dbam o prywatność. Nie obnażam całkowicie swojego życia w internecie. Pokazuję to, co jest ważne dla ludzi, ale nie wpuszczam wszystkich do „sypialni”. Z drugiej strony relacje są dla mnie paliwem. Dobre spotkania z ludźmi dają mi energię i satysfakcję.

Wierzę też, że otoczenie ma ogromny wpływ. Większość ludzi nie zmienia otoczenia przez całe życie. Ja zmieniałem je kilkakrotnie. Jeśli ktoś mnie hamuje w rozwoju, musi odejść. Do moich kręgów dobieram ludzi, od których mogę się uczyć albo którzy mogą mi towarzyszyć w dalszej drodze.

Zdrowie: po pewnym etapie nie ma kompromisów

Po pewnym etapie życia w zdrowiu nie ma kompromisu. Trzeba o nie zadbać. I ja to robię.

Projektuję swoje zdrowie na lata:

  • podchodzę mądrze do ruchu,
  • pilnuję odżywiania,
  • podchodzę radykalnie do snu: o 22:00 jestem w łóżku, bo przed 5:00 wstaję,
  • w ostatnich dwóch miesiącach zrzuciłem 10 kg i mam plan na kolejne.

Wiem też, że tłuszcz w okolicy pasa to nie jest tylko „estetyka” – uznałem, że trzeba się tego pozbyć. Do tego dochodzą moje codzienne rytuały: rano piję pół litra ciepłej wody na czczo, potem Klub, a po nim dbanie o ciało – drobny trening, przewietrzenie, moje mikstury i suplementy.

Nie zawsze świat mi w tym sprzyja – bywają koncerty, wydarzenia wieczorne. Ale generalnie 22:00 to mój deadline. To jest wybór, który służy temu, jak chcę żyć.

Santiago de Compostela: trzy miesiące, które mnie przeprogramowały

W 2009 roku wpisałem na listę marzeń przejście do Santiago de Compostela. Zainspirowała mnie historia Shirley MacLaine – zatwardziałej ateistki, która opowiadała o tym szlaku jako o niezwykłym przeżyciu duchowym (niekoniecznie religijnym). Ja również nie jestem człowiekiem religijnym, ale interesuje mnie duchowość jako doświadczenie.

W 2019 roku przyjechał do mnie znajomy z Wiednia i powiedział, że jego marzeniem jest pójść do Santiago. Zaproponował, żebyśmy poszli razem. Ustaliliśmy termin na kwiecień 2020, ale ja w maju 2019 usiadłem przy komputerze i wpisałem w Google: ile jest z mojego domu do Santiago. Wyszło mi: 555 godzin marszu.

Potraktowałem to jako znak. Wyznaczyłem termin na 1 lipca i poszedłem. Prawie trzy miesiące wędrowałem sam przez Europę. Wróciłem jako zupełnie inny człowiek.

To nie było dla mnie przerażające. Lubię siebie. Ta samotność dała mi czas na słuchanie siebie i zadawanie pytań: co dalej? Miałem wtedy 59 lat, czułem, że 60 to pewna granica i że chcę resztę życia spędzić w pełni.

Dotarło do mnie, że będę robił absolutnie wszystko, żeby długo żyć i być zdrowym, sprawnym do końca. Chcę do końca życia móc zawiązać własne buty. Chcę odejść z tego świata z uśmiechem, z poczuciem: moja misja właśnie się skończyła. Wyobrażam to sobie jak położenie ręki na klamce, otwarcie drzwi i odwrócenie się jeszcze na chwilę, żeby powiedzieć: zrobiłem to po swojemu, wykorzystałem talenty, wycisnąłem z życia, ile się dało.

Na Santiago dostałem też fizyczną lekcję. Miałem źle dobrane buty trekkingowe i do Monachium prawie się doczołgałem po około 600 km. Stopy były zniszczone. Trafiłem do fachowca, który przebadał moje stopy, zrobił skan, dotykał, oglądał i powiedział: w tych butach nie. Przyniósł mi normalne buty do biegania Brooks. W nich doszedłem do Hiszpanii. Po drodze spędziłem dwa dni, żeby nogi „wróciły do życia” – masaże, igły, zabiegi. Spałem głównie w hotelach, bo potrzebowałem WiFi do transmisji.

Po powrocie waga z pomiarem wieku biologicznego pokazała mi coś, co mnie zaskoczyło: byłem młodszy biologicznie o 20 lat. Mięśni przybyło, organizm działał inaczej. Chodziłem zwykle 25–30 km dziennie, czasem 35, zależnie od terenu, pogody, energii i tego, gdzie znajdowałem nocleg.

Ta wyprawa miała też konsekwencje emocjonalne: po pewnym czasie rozpadł się mój związek małżeński, który trwał 30 lat. Zrozumiałem to, gdy zobaczyłem, że nie tęsknię. Dzieci były już dorosłe, były wnuki. To była lampka, szok, ale też prawda o tym, co we mnie się zmieniło.

Finanse: myślę o pieniądzach codziennie

W Klubie mówię o nawykach, które potrafią burzyć stereotypy. Jednym z nich jest: myśl codziennie o swoich pieniądzach. Dla wielu to brzmi dziwnie, bo ludziom się wydaje, że pieniądze „same się robią”. Nie robią się. Trzeba coś zrobić.

Dla mnie to oznacza, że siadam i zastanawiam się:

  • jak mogę zwiększyć dochody,
  • jak budować majątek,
  • jak podejść do budżetu i decyzji finansowych.

Wiem, że jeśli ktoś wytrwa kilka lat, biorąc z tego choćby jedno zdanie dziennie i wdrażając je w życie, jego życie nabierze rumieńców. Ale mam też świadomość: trener personalny nie zrobi za ciebie pompek. Nikt nie zrobi tego za ciebie.

Praca: biznes jest po to, żeby mieć pieniądze i czas

Dla mnie słowo „biznes” ma jasne znaczenie: zakładam biznes po to, żeby mieć więcej pieniędzy i więcej czasu. I kiedy widzę przedsiębiorcę, który mówi, że pracuje po 16 godzin dziennie, a jednocześnie płaci 200 tysięcy złotych miesięcznie wynagrodzeń, to dla mnie jest to jakieś zwariowane. W firmie, a nie nad firmą – to jest różnica.

W pewnym momencie zrozumiałem, że nie chcę już pracować tak jak wcześniej, gdy byłem prezesem i robiłem mnóstwo operacyjnych rzeczy. Teraz buduję to inaczej.

W moim biznesie ważnym momentem było poznanie Magdy Balcerzak. Weszła do mojej spółki szkoleniowej (którą miałem od 2009 roku) i dodała jej skrzydeł. Ona jest geniuszem w zarządzaniu. Dzięki temu mogłem się odciąć od twardej strony prowadzenia firmy i robić to, co robię najlepiej: budować relacje, budować markę, być z ludźmi.

Dziś mamy spółkę, która jest jedną z większych polskich firm szkoleniowych, z obrotami grubo powyżej 10 milionów złotych. Mamy też ambicje, żeby iść wyżej.

PRO: stworzyłem zawód doradcy rozwoju osobistego

Najważniejszym „aha” w moim biznesie było stworzenie zawodu doradcy rozwoju osobistego. Wymyśliłem to w 2019 roku. To jest mój błękitny ocean.

Dlaczego? Bo widzę, że ludzie wpadają dziś w pułapkę zdobywania wiedzy z internetu. Informacja jest wszędzie. I to jest przekleństwo. Można się „nakarmić” czymkolwiek, nabrać dziwnych przekonań, kupować kursy jak leci. Brakuje kogoś, kto pomoże dobrać właściwy kierunek rozwoju.

Ja to porównuję do sytuacji, w której ktoś wchodzi do apteki, patrzy na półkę i mówi: „poproszę to niebieskie pudełko”. Na co? Po co? „Bo znajomi biorą i działa”. Albo: „bo widziałem reklamę”. Dla mnie to absurd – a jednak dokładnie tak działa dziś rynek rozwoju osobistego.

Doradca rozwoju osobistego działa inaczej. Najpierw musi poznać człowieka: wysłuchać, zrozumieć, poczuć, czego oczekuje. Taka praca z jednym klientem potrafi zająć kilka godzin. Dopiero potem tworzymy plan rozwoju.

To jest szczególnie ważne, bo problem często nie jest tam, gdzie człowiek myśli. Ktoś mówi: „nie mam czasu, potrzebuję szkolenia z zarządzania sobą w czasie”. A doradca potrafi wyłapać, że problemem nie jest czas, tylko priorytety albo zarządzanie ludźmi, leadership i komunikacja.

Mamy dziś kilkudziesięciu doradców. Są szkoleni cały czas. Początkowy kurs trwa kilka tygodni, potem jest bieżąca praca, odprawy prowadzone przez menadżerów. Ja spotykam się z nimi raz w tygodniu – w poniedziałek o 7:00 – na pół godziny lub 45 minut, żeby dać im otuchy i kopa. Reszta jest zorganizowana przez zespół.

Pozyskujemy klientów przez lejek w internecie, webinary, reklamy. Klub jest dla mnie bardziej wizerunkowy. Tam daję ludziom coś, nie oczekuję, że będą kupować. Kiedy ktoś zostawia kontakt po webinarze albo po zakupie w sklepie, doradca dzwoni i proponuje krótką konsultację, żeby sprawdzić, co możemy realnie dopasować.

Czas dla siebie: pieniądze mają sens, gdy ubarwiają życie

Pieniądze są dla mnie ważne. Odczarowuję je. Są tak samo ważne jak zdrowie, relacje czy praca. Ale jednocześnie nie jestem „łapczywy” w sensie materialnych gadżetów. Po powrocie z Santiago zniknęło z mojej listy marzeń Porsche Panamera. Przestało mnie kręcić. Jeżdżę dalej tym samym samochodem.

Wydaję pieniądze na przeżycia: Kilimandżaro, skok ze spadochronem (w tandemie z człowiekiem, który miał za sobą 8200 skoków), doświadczenia, które robią z życia opowieść. Rozumiem różnicę między możliwością a prawdopodobieństwem – dlatego pewnych ryzyk, których nie jestem w stanie kontrolować, unikam. Ale chciałem to przeżyć, więc przeżyłem.

Lista marzeń: dopóki marzę, nie starzeję się

Mam ogromną listę marzeń. I to nie jest tak, że siadam raz i ją robię. To jest proces.

Marzenie różni się od celu tym, że marzenie mogę wpisać bez osądzania, czy dziś jest możliwe. Są marzenia nierealistyczne (typu urosnąć o 5 cm czy polecieć na Księżyc). Ale są też marzenia „dzisiaj niemożliwe”: brakuje czasu, pieniędzy, przygotowania.

Na przykład mam marzenie, żeby pobić rekord świata na 100 metrów w kategorii 100+. Na razie jest to dla mnie nierealne, bo muszę najpierw dożyć do stu lat w dobrym zdrowiu i mieć sprawność, by biegać. Ale to marzenie daje mi konsekwencje: muszę o siebie dbać.

Marzenie staje się celem w momencie, kiedy mam zasoby i mogę wyznaczyć termin realizacji. Wtedy przenoszę je z listy M na listę C.

Marzenia też znikają – tak jak Panamera. Była ważna, potem przestała. I wykreśliłem ją.

Lista marzeń zmusza mnie do życia w przyszłości, a nie tylko we wspomnieniach. Uważam, że moment, w którym więcej czasu spędzasz na wspomnieniach niż na marzeniach, to moment, kiedy zaczynasz się starzeć. Widzę to wśród ludzi w moim wieku. Spotkania, na których rozmawia się tylko o tym, co było, są dla mnie ciężkie. Ja wolę myśleć o tym, co jeszcze przede mną. I mam przekonanie, że najlepsze jeszcze przede mną – także po sześćdziesiątce, a może i po siedemdziesiątce.

Heksagon Szczęścia: sześć obszarów, które trzymają mnie w równowadze

Życie spełnione opisałem jako Heksagon Szczęścia – sześć obszarów, które powinny mieć podobną wagę. W danym momencie jeden z nich może wymagać większej uwagi, bo gdzieś mamy niedobór. Ale generalnie każdy z tych obszarów jest ważny.

Praca

Praca ma mi dawać satysfakcję i pieniądze, ale przede wszystkim satysfakcję. Ma wykorzystywać moje talenty i najlepsze strony. Nie chcę pracować w sposób, który mnie wypala. Biznes ma mi dawać pieniądze i czas.

Finanse

Pieniądze są ważne. Finanse to budowanie niezależności i majątku. Ja nie traktuję tego jako czegoś wstydliwego. To obszar równorzędny z innymi.

PRO

Rozwój osobisty jest konieczny: intelektualny, emocjonalny, duchowy. Pracuję z mózgiem, bo wiem, że on się nie zatrzymuje – on się cofa, jeśli go nie używam. Dla mnie kluczem jest nowość: uczenie się, poznawanie ludzi, miejsc, zmiana „ciężaru” jak na siłowni. Wiem też, że samo rozwiązywanie krzyżówek nie jest tym samym, co uczenie się nowych rzeczy.

Czas dla siebie

To pasje, hobby, marzenia. To mój „hedonizm” w odpowiedniej dawce. Uważam, że egoizm w odpowiedniej dawce jest fundamentem szczęścia jednostki. Nie da się uszczęśliwiać innych, będąc samemu nieszczęśliwym. Najpierw muszę zadbać o siebie, żeby móc komuś pomóc.

Relacje

Potrzebuję ludzi, z którymi się cieszę obecnością, którzy dają mi energię. Dobieram otoczenie świadomie.

Zdrowie

Zdrowie jest niepodważalne. Widzę, jak ludzie je rujnują, a potem próbują odzyskać. Dla mnie na pewnym etapie nie ma kompromisu: ruch, odżywianie, sen. Chcę być sprawny do końca.

Wybór czerwonej tabletki

Jest jedna rzecz, którą chciałbym, żeby człowiek zapamiętał najmocniej: w życiu przychodzi taki moment – czasem raz, czasem kilka razy – jak scena z Matrixa. Masz niebieską i czerwoną tabletkę. Niebieska oznacza, że nic się nie zmieni. Czerwona – że wejdziesz w nowe obszary, które dadzą ci nowe możliwości. To nie zawsze będzie przyjemne. Ale na pewno nie będzie nudne.

Świat jest tak skonstruowany, że dostajemy szanse na zmianę. Ja to nazywam przebudzeniem. I jeśli los daje ci szansę – odpowiedz mu „tak”.

Bo na koniec naprawdę chcę, żeby moje muzeum było ciekawe. I chcę, żeby twoje też było.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
LinkedIn
Email

Info o autorze

Fryderyk Karzełek

Fryderyk Karzełek

Ekspert, mentor i doświadczony szkoleniowiec z dziedziny rozwoju osobistego, sprzedaży naturalnej i finansów. Autor wielu książek. Każdego poranka o godzinie 5:55, w Klubie 555, budzi kilka tysięcy osób, które chcą pozytywnie rozpocząć dzień i wdrożyć w swoje życie 13 nawyków ludzi sukcesu, zachować balans w Heksagonie Szczęścia i stworzyć ze swojego życia prawdziwe Arcydzieło.