Jest taki moment w życiu, kiedy człowiek przestaje udawać. Przestaje sobie tłumaczyć, że „jakoś to będzie”, że „wszyscy tak mają”, że „jutro się ogarnę”. U mnie taki moment przyszedł, gdy usłyszałem od własnej żony, że stałem się zgredem. Że wracam do domu, otwieram piwo, jem obiad i oglądam telewizję. I że ona nie za takiego faceta wychodziła.
Zamknąłem się wtedy w drugim pokoju i zacząłem myśleć. Nie o tym, jak się usprawiedliwić. Tylko o tym, co jest grane. I wtedy dotarło do mnie coś, co dla wielu ludzi jest bolesne, ale wyzwalające: byłem biedny. I co gorsza – nie widziałem perspektywy, żeby to zmienić, jeśli będę robił dokładnie to samo.
Od tamtego czasu minęły lata. Mam za sobą doświadczenia, które były piękne i takie, które były brutalne. I dziś, kiedy mówię o balansie, o Heksagonie Szczęścia, o nawykach, o pieniądzach, o odpowiedzialności – mówię z miejsca człowieka, który przeszedł i wzrost, i upadek, i odbudowę. I który doszedł do wniosku, że życie nie polega na tym, jak „trzeba”, ani jak „powinno”. Życie polega na tym, jak warto.
Praca
Kim jestem i dlaczego w ogóle o tym mówię
Najczęściej mówię o sobie: jestem przedsiębiorcą, który chce żyć w balansie. Poszukuję sposobu na życie i chcę się tym dzielić. Mam za sobą trzydzieści lat doświadczeń w biznesie i dziś, mając sześćdziesiąt lat, czuję potrzebę, żeby mówić ludziom, jak warto żyć. Nie jak muszą. Nie jak powinni. Tylko jak warto.
To „warto” ma dla mnie bardzo praktyczny sens. To nie jest filozofia do poduszki. To są decyzje, działania i konsekwencje. I to są też momenty, w których człowiek musi spojrzeć prawdzie w oczy: żyję tak, że za chwilę się w tym zgubię – albo żyję tak, że buduję życie, w którym chcę być.
Balans a sukces – dlaczego obie strony mają rację
Spotykam dwie grupy ludzi. Jedna mówi: balans jest istotny i trzeba go szukać. Druga mówi: jeśli chcesz spektakularnych sukcesów w biznesie, balans jest praktycznie niemożliwy.
Moim zdaniem jedni i drudzy mają rację. Ja trzymam się zasady, którą nazywam zasadą Paracelsusa. Paracelsus powiedział kiedyś, że nie ma trucizn ani lekarstw – są substancje. To dawka decyduje, czy coś jest trucizną, czy lekarstwem.
Tak samo jest z rzeczami w naszym życiu. Będą momenty, kiedy życie idzie w totalny brak balansu. Ja taki moment zaliczyłem. I znam smak, w którym człowiek nie żyje, tylko walczy o przetrwanie. Ale dążenie do balansu i utrzymywanie go na pewnym poziomie jest lekarstwem. Trzeba umieć odnajdywać się między skrajnościami i szukać złotego środka.
Moja lekcja: świetnie sprzedawałem, ale zawiodłem w zarządzaniu
Byłem świetnym sprzedawcą. Naprawdę. I tym się dzieliłem. Natomiast zauważyłem, że to, co mi nie wyszło w mojej pierwszej firmie, to było zarządzanie ludźmi i myślenie kategorią biznesu. Tam zawiodła intuicja. Nie obchodziłem się właściwie z pieniędzmi. I dopiero wtedy zrozumiałem, że jeśli chcę mówić ludziom o prowadzeniu biznesu, o kierowaniu ludźmi i budowaniu dużej firmy, to muszę to zrobić sam – w praktyce, a nie tylko na doświadczeniu jednego nieudanego przedsięwzięcia.
Dlatego w 2002 roku założyłem firmę Polskie Doradztwo Finansowe. W ciągu kilku lat osiągnęliśmy bardzo konkretne, wielomilionowe obroty. I dopiero wtedy, w 2011 roku, powiedziałem sobie: teraz mogę zacząć mówić o tym szerzej. A potem uczyłem się kolejnej rzeczy – jak przekazywać informacje mówionym słowem, jak zachowywać się przed kamerą, jak mówić do ludzi w sposób, który działa. I dopiero po latach – po siedmiu latach konsekwencji – to „pykło”.
Skalowanie: dlaczego wierzę, że to zrobimy
Dziś nasze biznesy robią miesięcznie więcej niż milion obrotu. Chcemy dojść do poziomu 50 milionów rocznie, a później dalej. Dlaczego uważam, że to się uda?
- Po pierwsze dlatego, że mamy model biznesowy, który już teraz pokazuje na tej skali, że działa.
- Po drugie dlatego, że mam ludzi. I chcę to powiedzieć wprost: mam najcudowniejszy zespół, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Uzupełniamy się. Oni robią wszystko, żeby ograniczyć skutki moich słabości i złych nawyków. To mi daje dzisiaj ogromną pewność.
Jeśli miałbym szukać ryzyk, to widzę je głównie w czynnikach zewnętrznych – w rzeczach, których nie da się przewidzieć. Może wydarzyć się coś, o czym dziś nawet nie wiemy. Pandemia paradoksalnie spowodowała wzrost naszych obrotów, ale równie dobrze mogłaby przyjść sytuacja, w której dla ludzi priorytetem byłoby już tylko przetrwanie, a nie rozwój. Tego nie da się zaplanować.
Najważniejsze wnioski
- Balans nie jest stanem „na zawsze” – to umiejętność odnajdywania złotego środka między skrajnościami.
- Sprzedaż i charyzma nie zastąpią zarządzania, myślenia biznesowego i odpowiedzialności za pieniądze.
- Skalowanie działa wtedy, gdy model działa i gdy ludzie wokół są lepsi tam, gdzie ja mam słabości.
Finanse
Moja historia: od PRL-u do zderzenia z rzeczywistością
Urodziłem się w PRL-u. Gdy mieszkaliśmy w Katowicach, mieliśmy trzy marzenia: samochód, telefon w domu i ogrzewanie w mieszkaniu. Kiedy wyjechałem do Niemiec, te trzy marzenia spełniły się w miesiąc. Kupiłem samochód, wynająłem mieszkanie z ogrzewaniem i przyszli z Telekomunikacji założyć telefon.
Tyle że potem przyszło coś ważniejszego niż marzenia z listy „posiadania”. Zauważyłem, że zarabiam tyle, że ledwo starcza na rachunki, i że to nie daje mi radości. Poszedłem do majstra zapytać o perspektywy. Usłyszałem: jak będziesz dobrze pracował, to dostaniesz jedną markę na godzinę podwyżki. Przeliczyłem to. I wiedziałem, że to nie jest moja droga.
Zrobiłem wtedy coś, czego większość ludzi nie robi: policzyłem, ile chciałbym zarabiać. Wyszło mi 10 000 marek. Cztery razy więcej niż wtedy. I gdy zobaczyłem, że dokładanie godzin niczego tu nie załatwi, zacząłem szukać.
Jak zostałem doradcą finansowym i czego się bałem
Na początku miałem fatalne wyobrażenie o sprzedaży. Kojarzyła mi się z naciąganiem. Miałem w głowie obraz agenta ubezpieczeniowego, który przychodzi do domu i mam wrażenie, że chce się zameldować.
A potem spotkałem człowieka, który był genialnym sprzedawcą. Przekonał mnie, żebym pojechał na spotkanie. I tak zostałem doradcą finansowym.
Później zderzyłem się z kulturą firmy, w której byłem. „Ciśnij, patrz jaki mam zegarek, ty też sobie taki kupisz”. To nie było moje. Chciałem działać prokliencko, mieć czyste sumienie. Zmieniłem firmę. I kiedy zacząłem się rozwijać, pojawił się pomysł: załóż własną firmę. Zrobiłem to – bez doświadczenia. I popełniłem wszystkie możliwe błędy.
Piramida finansowa i efekt domina
Wymyśliłem sobie między innymi wydawanie polskiej gazety w Niemczech. A równolegle jeden z produktów finansowych, który mieliśmy w ofercie, okazał się piramidą finansową.
Pamiętam dokładnie ten moment. Jechałem z Polski, zatrzymałem się na Berliner Ring pod Berlinem, żeby się przespać. Rano włączyłem radio i usłyszałem, że to piramida. Przyjechałem do biura – telefony od klientów. Były tam miliony pieniędzy naszych klientów. Spadły mi obroty o 80%. Odwrócili się klienci, odwrócili się współpracownicy. A świeżo postawiona gazeta stała się gigantycznym kosztem.
Próbowałem ratować to wszystko jeszcze przez dwanaście miesięcy. Nie znałem wtedy starego powiedzenia o martwym koniu – a nawet gdybym znał, nie wiem, czy bym z niego skorzystał. Wsiadłem na martwego konia i próbowałem go „ciągnąć”. Skończyło się milionem marek długu i niewypłacalnością.
Jak to uderza psychicznie – i jak to wygląda od strony sprzedawcy
Nie powiem, jak się czułem, bo musiałbym użyć nieparlamentarnego słowa. Przez długi czas czułem się jak g… Dostawałem telefony z groźbami. Odwrócili się przyjaciele. Ludzie nie wierzyli, że nie wiedziałem. A nawet jeśli ktoś by uwierzył – to przestawało mieć znaczenie. Dla nich byłem winny. Albo nie dochowałem staranności, albo byłem świadomy – i nikt nie chciał słuchać tłumaczeń.
Prawda jest taka: ja staranność dochowałem. Konsultowałem się nawet z dużą firmą doradztwa finansowego, która to sprzedawała, i która mówiła, że sprawdzili to przez kancelarię prawniczą. Okazało się, że oni też się pomylili. A mimo to konsekwencje były na mnie.
Co mi to dało po latach
To wydarzenie zrobiło jeszcze jedną rzecz: później odkryłem kilka piramid finansowych i uratowałem ludziom pieniądze. Zgłosiłem jedną z nich do prokuratora w Katowicach i zakończyłem działalność tej firmy. Mówię czasem, że wyczuwam piramidę jak przysłowiowy Arab wieprzowinę – po prostu po tym doświadczeniu te symptomy zaczynają być czytelne.
Sygnały ostrzegawcze: na co zwracać uwagę
Większość piramid, które widziałem, dawała ponadprzeciętne zyski. Dla mnie ponadprzeciętny zysk zaczyna się już w okolicach 1% miesięcznie – i wtedy jestem ostrożny.
Piramidę rozpoznasz bardzo łatwo, gdy ktoś przychodzi i obiecuje 1%, 2% albo 3% miesięcznie. Zadaję wtedy jedno pytanie: „Jeśli sprzedam mój biznes za wiele milionów i włożę pieniądze tutaj, to nie muszę już pracować do końca życia?” Zazwyczaj tak to argumentują.
Trzeba też pamiętać o prowizji. Nikt nie sprzedaje tego za darmo. Jeśli ktoś namawia cię na 2–3% miesięcznie, to często kolejne 1–2% to jest jego wynagrodzenie. Wychodzi 4–6% miesięcznie, czyli 60–70% rocznie. To jest niemożliwe, żeby gwarantować takie stopy zwrotu w klasycznych instrumentach finansowych czy w biznesie. To jest główny symptom.
Jak zdobywać inteligencję finansową bez szukania dróg na skróty
Dziś wiedza jest wszędzie. I to jest błogosławieństwo, ale i przekleństwo: trzeba wybrać źródło wiarygodne. Można czytać autorów bestsellerów, można uczyć się od ludzi, którzy stworzyli swoje koncepcje. Ale to jest niewystarczające.
Drugim krokiem jest znaleźć mentorów – ludzi, którzy to robią, przeszli etapy i chętnie się dzielą.
Trzecim – i moim zdaniem najważniejszym – jest zdobywać doświadczenie. Często ludzie pytają mnie: „Fryderyk, w co mam zainwestować pieniądze?”. Pytam: „Ile masz?”. „Parę tysięcy”. I ja wtedy bardzo często mówię: zainwestuj w siebie. Zacznij robić pierwsze doświadczenia w biznesie. Zdobywaj doświadczenie, robiąc rzeczy. Bo inwestowanie 5 czy 10 tysięcy na wolnym rynku w klasyczny sposób to jest w praktyce śmieszna kwota. Najpierw zdobądź doświadczenie i pieniądze, a z czasem przyjdzie reszta.
Można iść drogą ewolucji – spokojnie, latami. Albo drogą rewolucji – szybki wzrost, upadek i start od nowa, jak u mnie. Ale w obu przypadkach kluczowe jest robienie rzeczy, nie tylko czytanie.
Mit, który w moim życiu się nie sprawdził
Jest największy mit, którym się karmimy: „ucz się na błędach innych ludzi”. Moim zdaniem to nie działa. Błąd popełniony przez kogoś innego w twoim przypadku wcale nie musi być błędem – może być początkiem wielkiej biznesowej przygody. Dlatego doświadczenie jest źródłem dobrobytu. Trzeba działać.
Najważniejsze wnioski
- Policz swoje cele finansowe, zamiast liczyć na „jakoś to będzie”.
- Jeśli ktoś obiecuje stałe 1–3% miesięcznie, włącz najwyższą ostrożność.
- Najpierw inwestuj w doświadczenie i rozwój, a dopiero później w „pasywne” pomysły.
PRO (permanentny rozwój osobisty)
Decyzja jako „rozwód z tym, co było”
Jest takie niemieckie słowo: Entscheidung. Decyzja. Dla mnie ono znaczy: rozwód z tym, co było, na korzyść tego, co ma być.
Gdy miałem 36 lat i wiedziałem, że muszę się wyprowadzić z domu, padał deszcz, a ja zalewałem się łzami – dotarło do mnie, że muszę podjąć decyzję. Wiedziałem, że odebranie sobie życia byłoby nie na miejscu. I dlatego dziś mówię bardzo często: nie ma sytuacji finansowej, która byłaby powodem, żeby odebrać sobie życie. Szczególnie dzisiaj.
Po kilku godzinach przemyśleń podjąłem decyzję, że zawalczę o siebie, o życie i o rodzinę. I potem zaczęły się dziać rzeczy.
Co mi realnie pomogło, gdy wychodziłem z długów
Jednym z najważniejszych elementów wychodzenia z długów jest rozmowa z wierzycielami. Nie ukrywanie się. Nie udawanie, że problemu nie ma. Nie chowanie głowy w piasek. Trzeba zacząć rozmawiać. Nikt racjonalny nie ma interesu w tym, żeby cię „dobić”. Rozmowa to jest początek drogi.
Drugim elementem byli ludzie i uczenie się. Trafiłem na szkolenie prowadzone przez człowieka, który nazywa się Emile Ratelband. Zobaczyłem światło w tunelu. Poprosiłem go, żeby pozwolił mi uczyć tego, co on robi. On powiedział: „Jeżeli to jest w tobie – rób. Jeżeli tego w tobie nie ma, ja tego nie wyzwolę”. I dał mi numer telefonu, mówiąc, żebym zadzwonił, gdy mi się powiedzie.
Dwa lata później wróciłem do niego. W międzyczasie podjąłem decyzję, że wracam do Polski i zaczynam wszystko od początku. Zacząłem pozycjonować się jako ekspert i dzielić się wiedzą. Na tym zacząłem zarabiać dobre pieniądze. A potem – po trzech latach – zatęskniłem za biznesem i do niego wróciłem, bogatszy o doświadczenie tego, co działa, a co nie.
Moje podejście do problemów: „problemy są dobre”
Z perspektywy dwudziestu kilku lat powiem ci coś, co wielu ludziom trudno przyjąć: to, co mnie spotkało w latach 96–97, było najlepszym, co mogło mi się przytrafić.
Większość ludzi, którzy przeżywają coś bardzo złego, po latach mówi: to było dobre. Dotyczy to wszystkich negatywnych wydarzeń. Ludzie, którzy nam dokopali, często okazują się najlepszymi nauczycielami. To wydarzenie sprawiło, że jestem lepszym przedsiębiorcą, lepszym człowiekiem i lepszym sprzedawcą. Dziś widzę w nim same zalety.
Żeby to było jasne: ja wtedy miałem też moment, w którym zacząłem sięgać po alkohol. Złapałem się na tym, że staję się weekendowym alkoholikiem: czekam na weekend, bo komornik nie przyjdzie, i wtedy mogę się „wyluzować”. W porę się zatrzymałem.
Dlatego mówię: problemy są dobre. Uczą. Dają nowe możliwości. Odkrywają talenty. Z perspektywy lat często okazuje się, że to było dobre.
Trzy nawyki, które są dla mnie największym lewarem
Mam trzynaście nawyków i uważam, że wszystkie są ważne i komplementarne, ale jeśli mam wybrać trzy, które w ostatnich latach szczególnie kocham, to są to:
- Bądź życzliwy dla świata
- Bądź zdyscyplinowany i wytrwały
- Dbaj codziennie o swoje zdrowie
Bądź życzliwy dla świata
Życzliwość działa inaczej, niż wielu ludzi myśli. Ja kiedyś zrozumiałem to źle. Myślałem: jeśli będę fajny dla ciebie, to ty mi oddasz to samo wielokrotnie wzmocnione. To tak nie działa.
Życzliwość działa w ten sposób, że jeśli jesteś życzliwy wobec świata, wobec ludzi, jesteś fair, potrafisz poprawić jakość życia drugiego człowieka – tak, że każde spotkanie z tobą kończy się tym, że on czuje się lepiej – to jest jak inwestowanie. Na początku mała inwestycja nie daje wielkich efektów. Ale jeśli robisz to latami, zaczynasz doświadczać tego ze wszystkich stron. I często wraca do ciebie wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujesz.
Bądź zdyscyplinowany i wytrwały
Jest historia, którą przytaczam za Brianem Tracy. On spotkał człowieka, który napisał książkę „Tysiąc sposobów na sukces”. Jednym z nich była samodyscyplina. I autor powiedział mu: jeśli wprowadzisz samodyscyplinę, pozostałe 999 metod zadziała. Jeśli jej nie wprowadzisz – żadna nie zadziała.
Ja od ponad tysiąca dni wstaję codziennie o 4:55, żeby o 5:55 usiąść przed kamerą i przez 30 minut transmitować dla ludzi. Po 250 dniach ten nawyk wszedł mi w życie. Daje mi gigantyczną satysfakcję. Budzę się często bez budzika i myślę: super, nowy dzień.
Dbaj codziennie o swoje zdrowie
Ostatnio mam fioła na punkcie zdrowia. I to chyba naturalne, gdy kończy się sześćdziesiąt lat, a człowiek chce działać długo.
Zrobiłem w Klubie 555 wyzwanie, że przez 555 dni będę wstawał o 5:55. Kiedy wyzwanie miało się kończyć, powiedziałem ludziom: „Tyle, ile będzie osób na żywo w ostatni dzień wyzwania, o tyle dni przedłużę”. Było 6602 osoby. To oznacza, że będę to robił jeszcze siedemnaście lat. Będę miał 77 lat, gdy skończę.
To ma konsekwencje w każdym obszarze życia. Muszę zadbać o zdrowie, o plan dnia, o rozwój, bo nie chcę powtarzać ciągle tego samego.
Dlatego dbam o zdrowie i mam trenera, który mnie prowadzi. I po raz pierwszy w życiu czuję, że naprawdę nie mogę doczekać się kolejnych ćwiczeń.
Jak wdrażać nawyki, żeby nie skończyło się po dwóch tygodniach
Najpierw trzeba nauczyć się jednej rzeczy: kiedy myśleć, a kiedy działać.
Myśleć trzeba przed podjęciem decyzji. Przykład: chcesz zadbać o zdrowie. Odpowiedz sobie, dlaczego. Poznaj swoje wartości. Zrób listę 20, 30, 40 powodów, dlaczego to jest ważne. Ja tak zrobiłem.
A potem podejmujesz decyzję – najlepiej „na zawsze”. I od tego momentu wyłączasz myślenie o tej decyzji. Po prostu działasz. Bo jeśli zaczniesz myśleć o decyzji po drodze, pojawią się wątpliwości. A jak pojawiają się wątpliwości, mózg podsunie ci dziesiątki powodów, dlaczego masz tego nie robić. I polegniesz.
Druga rzecz: zadbaj o energię. Jeśli organizm nie jest w porządku, budzisz się zmęczony. Mózg rezerwuje energię na „naprawy”, a nie na samodyscyplinę. Dlatego kondycja fizyczna wpływa na to, czy masz siłę wytrwać.
Trzecia rzecz: nie wierzę w mit 21 dni. Im bardziej czegoś nie lubisz, tym więcej czasu potrzebujesz. Ja potrzebowałem 250 dni, żeby wstawanie rano stało się dla mnie naturalne.
Publiczne zobowiązanie – działa, ale zależy od otoczenia
Uważam, że trzeba mówić o swoich decyzjach. Jeśli ogłosisz światu, że coś zrobisz, rośnie szansa, że dowieziesz. Ja tak miałem, gdy powiedziałem publicznie o wędrówce do Santiago. Gdyby po kilku dniach, z odciskami na stopach, miałbym powiedzieć: „rozmyśliłem się” – nie. Poszedłem dalej, bo złożyłem deklarację.
Oczywiście trzeba brać pod uwagę otoczenie. Jeśli masz wokół ludzi, którzy będą cię ściągać w dół, to jest trudniej. Ale samo publiczne zobowiązanie działa fenomenalnie.
Ja zrobiłem to na przykład z cukrem przetworzonym. Napisałem, że usuwam ze swojego życia słodycze i jeśli ktoś przyłapie mnie na batoniku czy cukierku, płacę 500 zł. Nie chcę rozstawać się z pieniędzmi w głupi sposób – więc ten mechanizm mnie trzyma.
Najważniejsze wnioski
- Najpierw przemyśl decyzję i wypisz swoje „dlaczego”, a potem przestań ją analizować i po prostu działaj.
- Energia i zdrowie wspierają samodyscyplinę – bez tego trudniej wytrwać.
- Nawyk nie ma jednej liczby dni – u mnie wstawanie weszło dopiero po 250 dniach.
- Publiczne zobowiązanie potrafi być dźwignią, która „trzyma” w trudnych momentach.
Czas dla siebie
Największa zmiana, jaką dało mi wczesne wstawanie
Wstawanie o 4:55 i start o 5:55 uporządkowało mi dzień. Nagle przestajesz być człowiekiem, który „znowu musi wstać”. Zaczynasz być człowiekiem, który czeka na nowy dzień.
Usłyszałem kiedyś zdanie, które bardzo do mnie trafia: jeśli zmienisz swoje poranki, zmienisz całe swoje życie. A ktoś inny powiedział mi: wstaję rano, bo mam dwie godziny więcej życia przed życiem. Ja to rozumiem. Ten czas tworzy przestrzeń – na planowanie, na spokój, na rozwój, na łapanie oddechu zanim zacznie się dzień.
Plan jako nawyk, który zaczyna się dzień wcześniej
Jeden z moich nawyków brzmi: zaczynaj każdy dzień z gotowym planem. I usłyszałem potwierdzenie tego od człowieka, który powiedział mi, że jego normalny dzień zaczyna się zawsze dzień wcześniej wieczorem, kiedy robi plany na następny dzień.
To jest drobne, ale ma ogromną różnicę. Bo wtedy nie wchodzisz w poranek w chaosie. Wchodzisz w poranek z kierunkiem.
Najważniejsze wnioski
- Poranek potrafi być „czasem przed życiem”, w którym ustawiam kierunek na cały dzień.
- Planowanie dzień wcześniej wzmacnia konsekwencję i odbiera chaosowi władzę.
Relacje
Odpowiedzialność jako mój motor działania
Jedną z moich największych wartości jest odpowiedzialność. Czasami czuję się nawet za bardzo odpowiedzialny za problemy świata, ale wtedy – w najtrudniejszym okresie – ta odpowiedzialność uratowała mnie. Czułem się odpowiedzialny za rodzinę. Miałem dwójkę małych dzieci. I pomyślałem sobie, że nie chcę, żeby mój syn wspominał mnie jako tego, który odebrał sobie życie z powodów finansowych.
To mnie zagrzało do walki o siebie.
Życzliwość w relacjach: żeby ludzie po spotkaniu z tobą czuli się lepiej
Dla mnie życzliwość ma bardzo praktyczną definicję: jeśli potrafię poprawić jakość życia drugiego człowieka, tak że każde spotkanie ze mną kończy się tym, że on czuje się lepiej – to inwestuję. I to wraca.
Nie wprost, nie od razu, nie od tej samej osoby. Ale wraca. Często wtedy, kiedy najbardziej potrzebuję.
Zespół jako relacja, która daje pewność
Kiedy mówię o planach biznesowych, mówię też o ludziach. Dla mnie relacje w zespole są fundamentem. To, że mam wokół siebie ludzi, którzy mnie uzupełniają, to jest realna przewaga. Oni ograniczają skutki moich słabości. I dzięki temu mogę robić rzeczy większe, niż byłbym w stanie zrobić sam.
Najważniejsze wnioski
- Odpowiedzialność za bliskich potrafi być siłą, która trzyma człowieka przy życiu w najtrudniejszym momencie.
- Życzliwość rozumiem jako pozostawianie ludzi w lepszym stanie po spotkaniu.
- Dobry zespół uzupełnia słabości lidera i daje przewagę w realizacji ambitnych celów.
Zdrowie
Zdrowie jako warunek długiej drogi
Kiedy podejmuję decyzje, patrzę na ich konsekwencje w każdym obszarze Heksagonu Szczęścia. Jeśli deklaruję, że przez siedemnaście lat będę o 5:55 mówił do ludzi, to muszę zadbać o zdrowie. Muszę mieć energię, żeby utrzymać dyscyplinę. Muszę mieć ciało, które mnie niesie, a nie ciało, które mnie zatrzymuje.
Energia jako paliwo do dyscypliny
Zwróciłem uwagę na coś, co jest proste, ale kluczowe: jeśli organizm nie działa dobrze, trudniej wytrwać w postanowieniach. Jeśli rano budzisz się zmęczony, mózg ma mniej energii na samodyscyplinę, bo zajmuje się „naprawami”. Dlatego dbanie o ciało nie jest dodatkiem. To jest warunek.
Moja praktyka: ruch i decyzje żywieniowe
Dbam o zdrowie i mam trenera, który mnie prowadzi. Jest pierwszym człowiekiem, który zmotywował mnie do regularnego ćwiczenia tak, że ja naprawdę czekam na kolejne treningi.
Wprowadziłem też decyzję, że usuwam cukier przetworzony – słodycze, batony, lody. I widzę, jak parametry zdrowotne idą w górę. To było też wyzwanie dla rodziny i otoczenia, bo kiedy przychodzisz na urodziny z tortem, a ty masz siatkę z owocami, ludzie patrzą jak na kosmitę. Ale dla mnie ta decyzja jest elementem dbania o siebie.
Najważniejsze wnioski
- Zdrowie jest dźwignią do dyscypliny – bez energii trudniej utrzymać nawyki.
- Długie zobowiązania wymagają długiej sprawności: ciało ma mnie wspierać, a nie hamować.
- Decyzje żywieniowe i ruch są częścią tego samego procesu: budowania energii na codzienność.
Zabierz to ze sobą
W moim życiu były momenty, kiedy wszystko wyglądało jak porażka. Długi, wstyd, strach, odwróceni ludzie, łzy w deszczowy dzień i świadomość, że muszę wyprowadzić się z domu. Były też momenty, kiedy widziałem, że życie potrafi oddać z nawiązką – jeśli człowiek podejmie decyzję i przestanie się z niej wycofywać.
Dziś trzymam się jednej zasady: nie wiem, czy to, co mi się przytrafia, jest dobre czy złe. I to jest wyzwalające. Bo kiedy przestajesz oceniać życie w kategoriach czarno-białych, zaczynasz traktować wszystko jako lekcję. Wtedy pytasz nie: „dlaczego ja?”, tylko: „co w tym problemie jest dla mnie dobrego?” i „co w moim życiu nie było doskonałe, że ten problem się pojawił?”.
A potem szukasz kamieni. Bo wiara i optymizm są ważne, ale życie polega na tym, żeby wiedzieć, gdzie są kamienie – i nauczyć się po nich przechodzić.

