Przez długi czas nosiłem w sobie jedną ciekawość: co tak naprawdę odróżnia ludzi najlepszych w swoich dziedzinach od całej reszty? Z biegiem lat zobaczyłem, że różnica rzadko polega na „talencie” czy tajemniczej przewadze. Ona najczęściej zaczyna się od decyzji. Od tego, czy człowiek potrafi zrobić to, co dla niego ważne – nawet wtedy, gdy mózg podsuwa wygodne wymówki.
W tym tekście opowiem o tym, co mnie prowadzi: o koncepcji 4L, o Heksagonie Szczęścia, o tym, jak powstał mój nawyk wstawania o 4:55, dlaczego nie ma kompromisu w sprawach fundamentalnych i jak patrzę na zdrowie, rozwój, pieniądze i relacje. Wszystko w jednym celu: pokazać, że spełnione życie to nie kwestia szczęścia, tylko codziennej konsekwencji.
Praca
Praca ma dawać spełnienie, a nie tylko przetrwanie
Jestem zwolennikiem wykonywania pracy, która daje mi poczucie spełnienia i satysfakcji. Pracy, która jest związana z moim sensem istnienia i wykorzystuje moje talenty. Widzę, jak wiele osób funkcjonuje w schemacie: „z czegoś trzeba żyć”, więc robią coś, czego nie lubią, a potem próbują to sobie „odbić” po godzinach. Z czasem zaczynają akceptować, że praca jest „do niczego” i wmawiają sobie, że w końcu ją polubią.
Dla mnie to ślepy zaułek. Jeżeli praca mnie nie realizuje, nie daje mi poczucia spełnienia, to w pewnym momencie trzeba ją zmienić. Najczęściej problem nie polega na tym, że człowiek „nie umie lubić pracy”, tylko na tym, że nie wie, jak doprowadzić do sytuacji, w której będzie zarabiał w sposób zgodny ze sobą.
Bez planu na pracę mam nieświadomy plan na życie „do emerytury”
Powiem mocno: jeśli nie mam świadomego planu na moją pracę na całe życie, to mam nieświadomy plan czekania. Czekania na to, aż „wreszcie będzie spokój”. Dla wielu ludzi ten „spokój” zaczyna się od emerytury, a kończy się szybko problemami, chorobami i poczuciem pustki.
Ja myślę o życiu długoterminowo. Uważam, że warto określić, jak długo chcę żyć i co chcę robić na kolejnych etapach. To automatycznie porządkuje decyzje: w jakim kierunku idę, po co buduję markę, po co rozwijam się, co jest dla mnie ważne.
Najważniejsze wnioski
- Nie wierzę w „polubienie” pracy, która mnie nie realizuje – jeśli mnie niszczy, trzeba ją zmienić.
- Jeśli nie planuję swojej drogi zawodowej, to de facto pozwalam, żeby życie „działo się samo”.
- Praca jest jednym z fundamentów jakości życia, więc nie traktuję jej jak kary.
Finanse
Po co zakładamy biznes? Dwa powody, które wielu ludzi gubi po drodze
Stawiam proste pytanie: po co ja, ty i ponad dwa miliony ludzi zakłada działalność gospodarczą albo buduje biznes? Moim zdaniem są dwa podstawowe powody:
- chcę zarabiać więcej pieniędzy,
- chcę mieć więcej czasu.
I tutaj zaczyna się paradoks: nie rozumiem przedsiębiorców, którzy pracują po 12–14 godzin dziennie, kosztem zdrowia, rodziny i marzeń. Bo jeśli biznes zabiera mi wszystko, co ważne, to ja gdzieś po drodze zgubiłem sens. Widziałem przypadki ludzi, którzy przez lata pracowali kosztem wszystkiego, a potem „zakładali dębową jasionkę” i na tym historia się kończyła. Dlatego powtarzam: w sprawach fundamentalnych nie ma kompromisu.
Inflacja i realny problem: dziś nie chodzi o wzrost, tylko o utrzymanie poziomu życia
Widzę wyzwanie bardzo praktyczne: jeśli chcę utrzymać poziom życia, to muszę zwiększać dochody. Nie mówię o „lepszym życiu”, mówię o tym, żeby nie było gorzej. Jeżeli ktoś w ogóle nie zacznie robić nic w kierunku zwiększenia dochodów, to ryzykuje pogorszenie sytuacji życiowej. I tu wracamy do decyzji: albo uznam, że to poza moim wpływem i siadam w bezradności, albo przyjmuję to jako fakt i szukam rozwiązań.
Hustling: zacznij robić cokolwiek innego niż do tej pory
Jeżeli nie mam pomysłu, jak zwiększyć dochody, to potrzebuję działania, które uruchomi zmianę. Ja nazywam to hustlingiem – wykonywaniem jakichkolwiek działań w kierunku rozwiązania, żeby zobaczyć, co się wydarzy.
Najgorsze, co mogę zrobić, to zastygnąć. W kółko robić to samo i oczekiwać innych rezultatów. Jeśli chcę innego efektu, muszę zacząć robić coś innego. Czasem wystarczy pójść na spotkanie networkingowe, wyjść z „kokonu codzienności”, zacząć się uczyć, słuchać, wdrażać.
Trzy poziomy dochodów i pytanie, którego nie da się ominąć
Ja zachęcam, żeby nie liczyć wyłącznie „minimum”. Dla mnie sensowne są trzy poziomy:
- dochody minimalne – żebym domknął koszty i miał stabilność,
- dochody optymalne – żebym żył dobrze, spokojnie i mądrze inwestował w siebie,
- dochody wymarzone – cel długoterminowy, do którego dojrzewam procesem.
Potem zadaję sobie pytanie kluczowe: czy w obecnym miejscu i w obecnym systemie jestem w stanie dojść w rozsądnym czasie do dochodów optymalnych? Jeśli nie – to znaczy, że muszę coś zmienić.
Najważniejsze wnioski
- Biznes ma dawać pieniądze i czas – jeśli odbiera zdrowie i życie, to coś jest ustawione źle.
- Jeżeli chcę innych rezultatów, muszę zacząć robić coś innego niż do tej pory.
- Warto liczyć trzy poziomy dochodów i skonfrontować je z realiami swojej drogi.
PRO
Rozwój osobisty to nie wiedza. To doświadczenia, decyzje i zmiana
W moim życiu prawie wszystko, co nazwałbym sukcesem, było produktem rozwoju osobistego. I kiedy mówię „rozwój”, nie mówię o kolekcjonowaniu wiedzy. Dla mnie rozwój to:
- zdobywanie doświadczeń,
- pokonywanie przeszkód,
- praca nad charakterem i osobowością,
- praca z przekonaniami, które mnie blokują.
Jeśli nie mam świadomego planu rozwoju na lata, to mam nieświadomy plan otępienia. I mówię to bez dramatu – to po prostu mechanika życia. Bez intencji i kierunku człowiek dryfuje.
Związek przyczynowo-skutkowy: jedyne „lekarstwo” na życie, które nie działa
Jestem przekonany o jednej rzeczy: jeśli moje życie nie wygląda tak, jak chcę, to albo czegoś nie wiem, albo wiem coś, co jest nieprawdą – mam fałszywe przekonania. Jedynym lekarstwem jest zrozumienie związku przyczynowo-skutkowego.
Jeżeli chcę poziomu zdrowia, zamożności, mądrości i spełnienia, to muszę zacząć robić rzeczy, które do tego prowadzą. A jeśli robię coś odwrotnego – efekt będzie odwrotny. To jest proste, choć wielu ludzi nie chce tego usłyszeć.
Nieświadome plany: biedy, choroby i… przedwczesnego końca
Usłyszałem kiedyś zdanie o „nieświadomym planie biedy” i od razu przełożyłem to na całe życie. Jeśli nie mam planu na zdrowie, to mam nieświadomy plan choroby i przedwczesnej śmierci. Jeśli nie mam planu na rozwój, mam nieświadomy plan otępienia. Jeśli nie mam planu na pracę – mam nieświadomy plan „do emerytury”.
Dlatego kiedy planuję rok, zawsze uwzględniam PRO: czego się nauczę, w czym stanę się lepszy, jakie nawyki wypracuję, nad jakimi przekonaniami popracuję.
Najważniejsze wnioski
- Rozwój osobisty to praktyka: doświadczenia, przeszkody, charakter, przekonania.
- Bez świadomego planu rozwoju tworzę nieświadomy plan degradacji.
- Najbardziej uzdrawiające jest myślenie przyczynowo-skutkowe: co robię i do czego mnie to prowadzi.
Czas dla siebie
Dlaczego codziennie jestem o 5:55 i co mi to daje
Od bardzo dawna wstaję wcześnie. Dziś to jest nawyk: wstaję o 4:55, a o 5:55 jestem na gotowości. To nie przyszło od razu. U mnie potrzeba było około 200 dni, żeby to weszło tak głęboko, że nie ma „bólu”, nie ma negocjacji, nie ma drzemek. Po prostu: jest godzina – wstaję.
Ważne: to jest indywidualne. Nie wierzę w uniwersalne „21 dni” czy „60 dni”. W zależności od nawyku człowiek może potrzebować 200, 300, 500 dni. Dlatego mówię tak: jeśli chcesz nawyku, rób to tak długo, aż stanie się naturalne – a nawet przyjemne.
Wieczory, życie społeczne i moja decyzja o śnie
Wiele osób pyta, jak to jest możliwe logistycznie. Odpowiadam prosto: ja nie cierpię, że nie siedzę do północy. Nie potrzebuję wieczorem „rekompensować” dnia, bo robię pracę, którą uwielbiam. Najczęściej kładę się około 21:30, czytam i zasypiam około 22:00. Bardzo rzadko później.
To wynika z wartości. Jeśli dla mnie ważne jest długo żyć, być zdrowym i mieć sprawny mózg – nie mam kompromisu. Sen to regeneracja. Mózg musi się „posprzątać”, oczyścić, poukładać. I ja to czuję: kiedy dbam o sen, budzę się z energią, działam lepiej, mam lepszą jakość dnia.
Najważniejsze wnioski
- Nawyk rodzi się konsekwencją, a nie magią „21 dni”. Dla różnych ludzi to będą różne liczby.
- Czas dla siebie to także rytm dnia i decyzje, które wspierają mózg i energię.
- Jeśli coś jest naprawdę ważne, przestaję z tym negocjować.
Relacje
Relacje nie „dzieją się same”, trzeba o nie dbać codziennie
W Heksagonie Szczęścia relacje są jednym z fundamentów i codziennym obowiązkiem. To nie jest obszar, który „załatwia się raz”. Jeśli chcę jakości życia, muszę dbać o relacje z ludźmi, których kocham.
Widzę też inny problem: ktoś osiąga cel – jest w związku, ma rodzinę, ma to, co chciał – i nagle pojawia się powszedniość, nuda, granie na remis. Moim zdaniem to się dzieje wtedy, gdy człowiek zamyka się w swoim kokonie i przestaje się rozwijać jako partner, jako człowiek, jako ktoś, kto wnosi wartość do świata.
Gdy „mam już wszystko” – szukam roli i sensu
Jeżeli ktoś dochodzi do momentu, w którym pieniądze przestają robić różnicę albo cele zostały zrealizowane, ja zadałbym sobie dwa pytania:
- Jaką pełnię rolę w życiu?
- Jaki jest mój sens istnienia?
Jestem święcie przekonany, że jeśli wszechświat daje człowiekowi zasoby, możliwości i komfort, to nie po to, żeby zamknął się w domu i kupował kolejne zabawki. To jest zaproszenie do tego, żeby zostawić świat lepszym, niż się go zastało. Nie chodzi mi o pomniki. Chodzi mi o realny wpływ: otwarcie się na innych ludzi, na potrzeby, na wspieranie, na tworzenie czegoś, co ma wartość.
Najważniejsze wnioski
- Relacje wymagają codziennej troski, a nie okazjonalnych „zrywów”.
- Gdy cele są spełnione, warto poszukać sensu i roli, która wykracza poza własny komfort.
- „Granie na remis” prowadzi do pustki – rozwój i otwartość na ludzi przywracają życie.
Zdrowie
Zdrowie to nie deklaracja. To codzienne decyzje bez kompromisu
Ludzie często mówią: „zdrowie jest najważniejsze”. Deklaracja nic nie kosztuje. Kosztuje działanie. I bardzo często widzę, że zdrowie jest odkładane „na potem”: po dwudziestce, po trzydziestce, po czterdziestce, jak firma urośnie, jak będzie czas. Problem polega na tym, że „potem” przychodzi za późno.
Ja patrzę na to bez romantyzmu: jeśli chcę długo żyć, być sprawny i mieć sprawny mózg, muszę dbać o zdrowie. To nie jest opcja.
Cztery elementy zdrowia, których nie da się ominąć
W moim podejściu są elementy, których nie da się przeskoczyć:
- jedzenie – co faktycznie wrzucam do organizmu,
- ruch – czy robię cokolwiek dla ciała,
- radość życia – redukcja stresu i odzyskiwanie lekkości,
- sen – minimum około 7 godzin, najlepiej w rytmie, który sprzyja regeneracji.
Podkreślę szczególnie sen. Dla mnie to jeden z najbardziej niedocenianych, a jednocześnie kluczowych elementów. Kiedy śpię w sposób, który mnie regeneruje, mój mózg działa lepiej. I ja to mówię z pełnym przekonaniem: dziś mój mózg pracuje dużo lepiej niż kiedy byłem dużo młodszy.
Suplementacja i badania jako element dbania o sprawność
Do odżywiania dokładam też suplementację, ale robię to w sposób świadomy: badam się regularnie, przynajmniej dwa razy w roku wykonuję badania i sprawdzam, co się dzieje w organizmie. Weryfikuję, czy nie mam podwyższonych wartości rzeczy, które mogą mi szkodzić. Dla mnie to jest prosta logika: chcę, żeby mózg działał na wysokich obrotach, więc dbam o warunki, w których on może działać.
Zasada Paracelsusa: trucizna czy lekarstwo zależy od dawki
Jestem zwolennikiem zasady Paracelsusa: nie ma trucizn ani lekarstw – są substancje, a to, czy coś jest trucizną czy lekarstwem, zależy od dawki. Dlatego nie udaję świętego. Zdarza mi się wypić coca-colę, ale bardzo rzadko. Nie robię z tego nawyku.
Najgorsze jest właśnie to: nawyk. Nie jednorazowa sytuacja, tylko codzienność. To samo dotyczy alkoholu. Uważam, że lepiej raz na jakiś czas wypić więcej, niż codziennie trochę. Bo codzienna dawka robi z tego rytuał, a mózg pod wpływem regularnej ilości alkoholu odpoczywa fatalnie. A jeśli mózg nie odpoczywa, organizm się starzeje i degeneruje.
Mitochondria, sauna i moja lekcja o decyzji
Od lat zestresowuję mitochondria, między innymi poprzez saunę i zimno. Robię to w praktyce w cyklu: gorąca sauna, potem zimna woda. To jest mój sposób i robię to od bardzo dawna.
Ostatnio miałem moment olśnienia: wchodziłem do sauny i wychodziłem po 11–12 minutach, bo „już nie dawałem rady”. A potem powiedziałem sobie: „wytrzymam 15 minut, choćby skały srały”. I stało się coś niesamowitego: nie negocjowałem, nie dyskutowałem w głowie. Po prostu siedziałem. I nagle 15 minut minęło bez dramatu.
To jest sedno: mój mózg zawsze będzie podsuwał wygodę i przyjemność. Ja to wyłączam. Mówię mu wprost: „zamknij ryj”. I robię swoje. Fenomen polega na tym, że mózg wtedy się uspokaja, bo dostaje jasny komunikat: decyzja zapadła.
Plan i zapis: sekret skuteczności, a nie motywacja
Jednym z moich kluczowych nawyków jest to, żeby zaczynać dzień z gotowym planem. Jeśli rano planuję, że zadbam o obszary Heksagonu Szczęścia, to w większości przypadków to realizuję. Jeśli zostawiam wszystko na „zobaczymy”, to po 10–12 minutach wychodzę z sauny, a po tygodniu porzucam nawyk.
Dlatego zachęcam: podejmuj decyzje i je zapisuj. Nie marzenia i życzenia. Decyzje. Zapisane. Konkretne.
Najważniejsze wnioski
- Zdrowie wymaga działania, nie deklaracji. Nie ma kompromisu w rzeczach fundamentalnych.
- Jedzenie, ruch, radość życia i sen to filary, których nie da się ominąć.
- Zasada Paracelsusa pomaga utrzymać rozsądek: dawka decyduje, czy coś mnie wspiera, czy niszczy.
- Największą zmianę robi decyzja i zapis, nie motywacja.
Heksagon Szczęścia jako system życia bez pomijania fundamentów
Dlaczego stworzyłem Heksagon Szczęścia
Na co dzień ludzie nie myślą w kategoriach wartości. O wartościach przypominają sobie zwykle wtedy, gdy przychodzi kryzys i trzeba wybierać. A ja chciałem dać coś, co działa zanim pojawi się pożar.
Heksagon Szczęścia to dla mnie zestaw sześciu obszarów, których nie wolno pomijać na żadnym etapie życia. Jeśli jeden obszar siada, reszta zaczyna siadać razem z nim. To jest system naczyń połączonych. I dlatego codziennie trzeba zrobić choćby mały krok w każdym z tych obszarów.
4L: czego szukam pod spodem mojej codziennej konsekwencji
Żyć, kochać, uczyć się i zostawić po sobie ślad
Jest koncepcja, która mocno do mnie trafiła: żeby być spełnionym człowiekiem, trzeba zrobić tak zwane 4L. Czyli:
- live – żyć,
- love – kochać,
- learn – uczyć się przez całe życie,
- leave a legacy – zostawić po sobie ślad, legendę.
Kiedy dziś pytam siebie, dlaczego w ogóle robię pewne rzeczy tak konsekwentnie, wracam do tego czwartego elementu. Przez ponad 30 lat zbierałem doświadczenia – biznesowe, życiowe, ludzkie. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że chcę, żeby to zostało. Nie dla ego. Nie dlatego, że potrzebuję poklasku. Tylko dlatego, że wiem, iż można żyć dobrze: być spełnionym, zdrowym, szczęśliwym, bogatym, dojrzałym intelektualnie i duchowo. I chcę, żeby ludzie mieli do tego dostęp.
Chcę też, żeby ktoś, kto ma trudniejszy moment, wiedział, że może się oprzeć na stałości. Że jest pora, jest rytm, jest miejsce, w którym usłyszy coś, co mu pomoże wrócić na nogi.
Co robię, gdy życie daje mi z liścia
Najtrudniejsze pytanie: co w tym jest dla mnie dobrego?
Przeszedłem w życiu moment, w którym byłem przekonany, że jestem skończony. Miałem ogromny dług, wiedziałem, że muszę oddać rzeczy, które były spełnieniem marzeń, i siedziałem zalany łzami, pytając: „co dalej?”.
I dziś wiem jedno: najtrudniejsze pytanie w sytuacji kryzysu brzmi: co w tym jest dla mnie dobrego? Wiem, że to brzmi jak coś, na co ludzie reagują pukaniem się w czoło. Ale ja naprawdę uważam, że kiedy dzieje się coś złego, to może być lekcja. I warto ją znaleźć.
Ja dzięki tamtym doświadczeniom nauczyłem się zarabiać, nauczyłem się radzić sobie z problemami i zacząłem podejmować inne decyzje. Zrozumiałem też coś bardzo ważnego: kiedy koń zdechł, trzeba z niego zsiąść. Ja wtedy tego nie zrobiłem i popchnąłem sprawy w stronę efektu domina. To była lekcja, której nie oddałbym za żaden wehikuł czasu.
Najważniejsze wnioski
- Kryzys może być lekcją, jeśli zadam sobie właściwe pytania i wyciągnę wnioski.
- Najtrudniejsze pytanie często otwiera drogę do najmądrzejszej odpowiedzi.
- Wnioski mają sens tylko wtedy, gdy zmieniam decyzje i działania.
Na koniec: zacznij od prostych celów i zbuduj nawyk sprawczości
Jeśli mam zostawić jedną myśl na kolejny rok życia, to będzie ona prosta: zacznij z pomysłem. Zacznij z decyzjami. Zacznij z tym, co zapisane.
Zachęcam, żeby wyznaczyć sobie 10 prostych celów. Takich, które są realne i które budują w człowieku nawyk sprawczości: „jeśli coś postanowię, to to robię”. Bez wielkich fajerwerków. Bez udawania. Za to z konsekwencją.
Życzę ci, żeby nadchodzący rok był najlepszym rokiem w twojej historii – i jednocześnie najgorszym ze wszystkich następnych. Bo to znaczy, że idziesz do przodu. I że niemożliwe staje się możliwe wtedy, kiedy naprawdę się na to otwierasz, podejmujesz decyzje i zaczynasz działać.

